Today is Friday, 13 December 2019
Lection
Gazeta parafialna

Varieties

Cud wigilijny - opowieści ojca Gałązki

Jan Andrzej Kruchtowicz

Było to w zeszłym roku, w okolicy Bożego Narodzenia. Noc, pociąg relacji Przemyśl - Szczecin. W jednym rogu przedziału dostatnio ubrany mężczyzna, próbujący drzemać, w drugim ja, usiłujący odmówić różaniec. Zaś naprzeciw nas dwie pięknie umalowane panie w typie "Wysokich obcasów" burzliwie dyskutujące o wielkich sprawach, o zacofaniu polskiego społeczeństwa, o prawach kobiet i bezprawiach mężczyzn, o modernizacji i demokratyzacji, wreszcie o wadach polskiego katolicyzmu. Gdy zaatakowano bastiony bezrefleksyjnego kultu maryjnego polskich katolików, drzemiący w rogu otworzył nagle oczy.

"Przepraszam bardzo, a właściwie co złego jest w oddawaniu czci Matce Boskiej?", zapytał z lekko ironiczną naiwnością.

Obie spojrzały na niego ze zdziwieniem. "Proszę pana, to rzecz udowodniona, że oddawanie czci świętym i pobożność maryjna należą do najbardziej zacofanych form kultu religijnego. Niech pan popatrzy na zachód, tam nikt nie mówi o cudach Matki Boskiej czy o czymś takim".

"A więc już i o tym się nie mówi", westchnął mężczyzna, "Pozwólcie jednak panie, że opowiem wam pewną historię. To moja własna historia. Nazywam się Mikołaj Twardowski. Pochodzę z małego miasteczka na Ziemiach Odzyskanych, no mniejsza z tym skąd. Mój ojciec był milicjantem i ja też po skończeniu technikum postanowiłem wstąpić do milicji. Było to już pod koniec Gierka, wszędzie bieda, gdy więc podpisywałem cyrograf wydawało mi się, że tam najlepiej się urządzę. I pewnie by tak było, gdyby nie Solidarność. Przez nią wszystko się zmieniło, także i to, że zostałem przesunięty do ZOMO i ćwiczony w robieniu pałką.

Chrztem bojowym był 13 grudnia. Wtedy nikt nam jakoś nie mówił, że bronimy kraju przed sowiecką interwencją. Związek Radziecki był przecież naszym przyjacielem, a wrogami byli "tamci": warchoły i nieroby, opętani nienawiścią zoologiczni antykomuniści, a może i agenci obcych służb, tkwiący w strukturach Solidarności. Oni - nie radzieccy towarzysze - byli zagrożeniem i z nimi mieliśmy zrobić porządek. No więc wpadaliśmy w nocy do ich mieszkań, wyciągaliśmy ich w piżamach na mróz i upychaliśmy w milicyjnych "sukach". Nie wyglądali groźnie. Jeszcze mniej ich płaczące żony i dzieci. Tak rozpoczęły się gorące miesiące "w stanie". Oni ciągle usiłowali robić demonstracje na ulicach, my ich pałowaliśmy, oblewaliśmy wodą, obrzucaliśmy gazami łzawiącymi.

W Krakowie, gdzie służyłem, najwięcej problemów mieliśmy z kościołem - "Arką" w Nowej Hucie. Zawsze trzynastego odbywały się tam Msze za ojczyznę, po których wychodzono na zewnątrz, pod stojącą na niewielkim tarasie figurę Matki Boskiej i odprawiano tam nabożeństwo. Stojący przed kościołem tłum skandował "Nie ma wolności bez Solidarności" i śpiewał "Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie". Na obrzeżach nieuchronnie dochodziło do starć.

Któregoś razu nasz nieco narwany dowódca, rozeźlony wezwaniami litanii płynącymi z głośnika, zawołał "Ja wam pokażę Królową Polski" i wystrzelił petardą w kierunku figury Matki Boskiej. Tak narodziła się nowa zabawa krakowskich zomowców. Wtedy za pierwszym razem, wystrzeliłem i ja. Wystrzeliłem i poczułem, że przekroczyłem jakąś granicę. Przypomniałem sobie moją modlącą się na różańcu babcię, jedyną w naszej rodzinie, która chodziła jeszcze do kościoła i pomyślałem, że nie potrafiłbym spojrzeć jej w oczy.

Po raz pierwszy wstydziłem się mojej służby. Skorzystałem też z najbliższej okazji i przy pomocy znajomych lekarzy wyszedłem z milicji. Skończyłem studia, (praca magisterska z psychologii tłumu), ożeniłem się. Urodziła nam się śliczna dziewczynka.

Kiedyś zaproszono nas na wigilię do rodziny żony. Wielkie mieszkanie w starym budownictwie, wysoki salon z choinką prawie do sufitu, wszędzie pozapalane świeczki. Otwarto prezenty: ja dostałem od szwagra paczkę sylwestrowych petard. Gdy z zachwytem objaśniał mi ich działanie, błysnęło mi nagle w głowie wspomnienie tamtego dnia pod nowohuckim kościołem. Milczałem. Z ulgą przeszedłem z wszystkimi do pokoju obok na lampkę grzanego wina. Nagle przez otwarte drzwi zobaczyłem naszą kilkuletnią córkę: chciała sięgnąć po mieniącą się na choince czekoladkę. Wspinając się na palcach zachwiała się jednak i potrąciła palącą się na gałązce świeczkę. Wszystko rozegrało się wtedy jakby w zwolnionym tempie: moje dziecko łapie równowagę na przystawionym do choinki krześle, a ciągle paląca się świeczka leci w dół, prosto do otwartego i pozostawionego na podłodze pudła z petardami. Krzyknąłem tylko "uważaj!" i "Matko Boska". I wtedy rozpętało się piekło. Petardy strzelały w powietrze zapalając się jedna od drugiej, w dymie, błyskach i wybuchach nic nie było widać. Wszyscy krzyczeli zasłaniając oczy i uszy.

Nagle wszystko ucichło. Rzuciliśmy się niezdarnie do przesłoniętego dymem salonu, przewracając krzesła i potrącając się nawzajem. I wtedy nagle rozległ się radosny śmiech naszej córki, który był jak myśl Boga porządkująca chaos w pierwszym dniu stworzenia. Mała stała na krześle i śmiała się w głos, obok połamanej i dymiącej choinki, pośrodku całkowicie zrujnowanego pokoju. Poczułem się, jakbym spadał z księżyca na ziemię. "Takich świetnych fajerwerków jeszcze nie było", powiedziało nasze dziecko. Nie stało jej się rzeczywiście nic. Wszyscy mówili jednocześnie, ściskali małą i przyglądali jej się z niedowierzaniem.

Ktoś zakrzyknął, że to cud Boski że wyszła z tego cało, odpowiedziała, że nie mogło jej się nic stać, bo jak zaczęło strzelać to otoczył ją taki jakby długi błękitny płaszcz. Jej słowa zagłuszyło jednak gromkie wkroczenie straży ogniowej. Tylko ja wiedziałem o czym mówi. Widziałem przed oczyma Madonnę z nowohuckiego kościoła. I wiedziałem że to Ona. Tej jeszcze nocy poszedłem na pasterkę, później niemal przemocą zmusiłem proboszcza, żeby mnie wyspowiadał. A od tej pory codziennie odmawiam Litanię Loretańską, tę samą, którą ludzie śpiewali przed nowouckim kościołem".

Zapadła cisza. Eleganckie panie milczały. Mężczyzna jeszcze dodał. "Jedna tyko rzecz nie daje mi spokoju. Nie wiem, czy ta moja nieszczęsna petarda trafiła do celu czy też nie."

"Nie trafiła - odpowiedziałem - wiem, bo to ja wtedy prowadziłem nabożeństwo. Żadnej zresztą z waszych petard nigdy nie udało się choćby tknąć Matki Boskiej z nowohuckiej Arki".


Read 4285 times

21, (4) 2001 - Boże Narodzenie



polski  english  deutsch  française Dodaj stronę do ulubionych! 
filipini Gazeta parafialna - 'Rodzina Parafialna'
 

Copyright 2003-2019 © Kongregacja Oratorium Św. Filipa Neri i parafia pw. NMP Matki Kościoła w Poznaniu
stat4u Valid XHTML 1.0! Valid CSS!
Kalendarz
Czytania
Kongregacja Oratorium Św. Filipa Neri - Poznań